poniedziałek, 13 lutego 2017

Ciemna strona Social Media w ED

Temat, który chciałybyśmy dziś poruszyć jest bardzo delikatny. Zdania co do niego są zazwyczaj bardzo podzielone, trudno też – rozmawiając na ten temat – nie urazić nikogo. Ale jest to temat bardzo ważny i dla tych, którzy są w trakcie walki z zaburzeniami odżywiania, i dla tych, którzy mają ją za sobą, i w końcu dla tych, którzy próbują po prostu to wszystko zrozumieć lub pomóc swoim bliskim. Przypuszczamy, że ilu ludzi tyle opinii dlatego dziś przedstawiamy nasz punkt widzenia i z niecierpliwością czekamy na wasze sugestie!

Przy omawianiu czynników wpływających na obecną epidemią zaburzeń odżywiania, praktycznie zawsze wymienia się wpływ mediów. Wychudzone modelki, czasopisma krzyczące do nas z okładki „Schudnij 5 kg w tydzień!” (serio?), a obecnie – w sumie chyba w największym stopniu – i wszelkie Instagramy, czy inne Tumblry, które codziennie są zalewane falą zdjęć gloryfikujących chudość.
Jednocześnie to właśnie w social mediach wiele osób szuka pomocy w zmaganiach. Oprócz blogów i kont „pro-ED” , wiele jest również takich, na których chorzy dzielą się swoimi sukcesami, wymieniają doświadczeniami. Wystarczy wyszukać na Instagramie wpisy oznaczone hasztagami #recoveryispossible, #anawho czy po prostu #eatingdisordersrecovery.

Jak więc jest z tymi Internetami: pomagają czy szkodzą?  Dzś zajmiemy się tą ciemniejszą stroną mocy by dać upust temu co w nas siedzi i ze świeżym spojrzeć, pochylić się nad tą jasną.
Jak każdy, kto zmagał się z anoreksją, zdarzały nam się upadki i wzloty, zdarzały się dni lepsze i gorsze. Wiemy już, jakich sytuacji unikać w realnym życiu, żeby – mówiąc językiem ludzi-z-ed – nie dać się striggerować (czyli wpaść w niepokój i dać naszej chorobie przejąć kontrolę). W internecie jest to już trudniejsze – tam nie jest tak prosto odwrócić głowę i robić swoje. Jesteśmy zalewani masą obrazów i tekstu, nawet bez swojej wiedzy i zgody. Ja przyznaję się bez bicia, że nawet po takim czasie, nawet w wieku już od paru lat nie nastoletnim, zdarza  się, że niektóre zdjęcia skutecznie psują nastrojenie na cały dzień.

Na modelki i inne celebrytki w sumie już nawet nie patrzymy. Magię photoshopa dobrze znamy. Pudelków nie czytujemy. Na dodatek kobiety, które przy okazji uważamy za najpiękniejsze i najbardziej utalentowane, wcale nie są wychudzone. Uff. Nasze utrapienie to Instagram. Zrezygnować z niego nie ma za bardzo jak, bo to też narzędzie pracy, poza tym po prostu jedna z fajniejszych aplikacji. Nie ma jednak dnia, w którym nie natknęłoby się na taką sytuację:
Dziewczyna, na oko BMI 16 lub mniej (w każdym razie nie takie, które można by zrzucić na „szybką przemianę materii”), pozuje do zdjęcia w jednej z „typowych instagramowych” poz, jak ja to nazywam. Nie będziemy ich opisywać, bo na pewno wiecie, że chodzi o takie, w których wyglądamy najszczuplej. Zdjęcie to zdjęcie, nie można wszystkich ludzi z ED zamknąć albo odziać w płócienne worki i zakazać pokazywania się. My to rozumiemy. Ale serce pęka, kiedy czyta się to, co się dzieje pod zdjęciem. Komentarze prawie wszystkie w jednym tonie: „jaka cudowna figura!”, „chcę mieć Twoje nogi!”, „ideał!”. Faceci często wcale nie lepsi (raz pod zdjęciem dziewczyny, o której na 100% wiedziałam, że jest chora, jeden z nich napisał „każda dziewczyna powinna tak wyglądać” – czyli mieć 20 kg niedowagi). Czytamy sobie wtedy to wszystko i przypominamy, jak działało to na nas kiedyś. Co prawda w swoich najchudszych czasach nie miałyśmy IG, ale takie zabójcze komplementy trafiały się cały czas. I potem tak: wszyscy w koło mówią, że jestem chora, moje serce niedługo może odmówić współpracy, przyjaciele szczerze powtarzają, że wyglądam paskudnie (i chwała im za to). A jednocześnie cała rzesza osób zachwyca się moimi patykowatymi nóżkami i wklęsłym brzuchem. Jeśli będę „normalna”, nie będzie już komplementów. Co robić?
Czytamy i zastanawiamy się, czy ktokolwiek z tych komentujących płakał po zjedzeniu nadprogramowych ziarenek ryżu. Czy ktokolwiek spędzał długie godziny u psychologów i psychiatrów. Czy ktokolwiek z nich patrzył na płacz swojej mamy, która mówi, że nie ma siły i się poddaje. Płakał przed lustrem, brał prysznic z zamkniętymi oczami? Słuchał lekarza, który mówi, że daje nam 5 lat życia? Bo my, patrząc na wychudzone ciała widzimy właśnie takie obrazy. Nie piękno. Nie lekkość. Widzimy to wszystko, co się z tym wiąże. Prawdziwe, realne życie z ED nie wygląda tak kolorowo jak "klimatyczne" zdjęcia z kont społecznościowych. To walka między obsesją wagi, wglądu, liczenia kalorii a zachowaniem pozorów, by nie krzywdzić bliskich. Istna wojna w głowie.

Za każdym razem, kiedy napotykamy coś takiego, jest nam po prostu smutno. Już nie mówię o tym, że przez ułamek sekundy do głowy próbuje wedrzeć się myśl, że właśnie TO jest ładne, TO podoba się ludziom, a ja już TAKA nie jestem. To takie uczucie „I don’t wanna live on this planet anymore”. Niby świadomość ludzi rośnie, niby odchodzi się od “mody” na wychudzone ciało, a jednak mamy wrażenie, że jest coraz gorzej. Serdecznie polecamy zwiewać z takich profili, tak szybko jak tylko się da. I nie czytać komentarzy. Chyba,  że chcecie wdać się w dyskusję i dyskutować jak ze ścianą, a jak dobrze pójdzie, to i zostać wyzwanym w najróżniejsze sposoby. Nie warto.

Druga ciemna strona Internetów. Profile „recovery” ale w sumie raczej „nie-recovery”. Ile razy zastanawiałam się, jak to jest możliwe, że niektóre dziewczyny, które z taką pieczołowitością dokumentują każdy swój posiłek i piszą, jak to cudownie wracać do zdrowia, tak naprawdę wcale nie robią progresu. Oszukują i zwodzą. To normalne, tak jest w tych chorobach. Ale po co robić to publicznie i wprowadzać w błąd ludzi, którzy nas śledzą i kibicują nam w walce? Dla atencji? Albo może dla usprawiedliwienia w pewnym sensie swoich zachowań. „Wcale nie jestem egoistką, chcę wyzdrowieć, leczę się, jem, halo!”. A potem dziewczyny są załamane, że wzorując się na diecie takiej-a-takiej, która jedząc 3000 kcal dziennie nie przybrała nawet 0,5 kg, one przybrały w tydzień 2 kg. Czy to w porządku? Bo jak tak, to one jednak nie chcą zdrowieć. A to trzeba sobie jasno powiedzieć: recovery to nie tylko jedzenie masy dobrych rzeczy na pięknych naczynkach. To odbudowa naszego ciała. I to odbudowa również w dosłownym sensie. Nie ma co się dać nabrać na takie magiczne przypadki, które dziwnym trafem wymykają się prawom biologii. Lepiej rozejrzeć się za prawdziwie inspirującymi osobami, których też trochę jest, ale o tym następnym razem.



11 komentarzy:

  1. bardzo wartościowy tekst, czekałam, aż ktoś wreszcie to napisze. sama mam za sobą batalię z anoreksją i swój "jedoznkowy" profil na instagramie, który być może kiedyś był czymś dobrym, ale na pewno nie rozkwitał jak żadna piękna sadzonka.
    anoreksja to obsesja. godziny na ćwiczeniach, liczeniu kalorii, wymyślaniu kłamstw. kiedy ktoś wreszcie popycha nas do zdrowienia, zostaje po niej czarna dziura. szukamy czegoś, czym wypełnimy tę pustkę. wtedy znajdujemy recovery. zaczyna się kadrowanie perfekcyjnego zdjęcia zupy pomidorowej. wracanie wcześniej do domu po wizycie u znajomych, żeby zrobić zdjęcie kolacji.
    przechodziłam przez to 2 lata temu i na pewno wiele już się zmieniło (chociaż odkąd pojawiła się opcja "lupki" na instagramie, zdarza mi się wpaść na profile osób próbujących dochodzić do zdrowia. zdaje się, że tam czas właściwie wciąż stoi w miejscu - podobnie jak waga).
    osobiście doszłam do wniosku, że fotografowanie wszystkiego, co ma wylądować w moim żołądku jest chore. lecząc się, próbowałam podpatrywać, co robią normalne nastolatki. i żadna z nich nie spędzała pół godziny na układaniu moreli na owsiance.
    mimo to wrzucałam swoje obiady, czy tygodniowy proces konsumpcji czekolady. często po "odważniejszych posiłkach" pojawiały się komentarze: "wow, ja bym nie dała rady". nie muszę pisać, że wyrzuty sumienia ostro wtedy się potęgowały.
    pozwolę sobie wymienić jeszcze najbardziej frustrujące mnie rzeczy. wchodzisz na profil takiej osoby. i w jej opisie nie ma nic o tym, że ma na imię Małgosia i kolekcjonuje koszulki z hard rock coffee. jak trofeum za to ogłoszone jest jej najniższe BMI i ilość hospitalizacji. właściwie, to te koszulki z hard rocka już dawno i tak się nie liczą, bo Małgosia straciła się z każdym kilogramem. zostało tylko niejedzenie i jedzenie. magiczny krąg obsesji.
    prawda jest taka, że z ED nie można prowadzić życia. nawet jeśli opisze się w komentarzu do swojego budyniu, że dzisiaj wyszło się z przyjaciółmi. ale nie można też wyjść z ED nie prowadząc życia. wszyscy, którzy borykali się z zaburzeniami oddali im siebie. stali się swoim zaburzeniem. według mnie czasem najlepszą deską ratunku będzie odcięcie od tego środowiska. każdy reaguje inaczej, ale u mnie podziałało.
    pozdrawiam cieplutko :)
    Natalia

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ale przyjemnie czytać takie komentarze <3 Całkowita racja, z tą ilością hospitalizacji i najniższa masą ciała to tylko pokazuje, jak ED odbiera ambicje, marzenia, cele, pasje... I też prawda, że najlepiej odciąć się od wszystkiego, co toksyczne, nieszczerze i nie pozwala wyplątać się z choróbska.
      Pozdrawiamy również, trzymaj się dzielnie!

      Usuń
  2. Dziękuje za ten wpis! Cieszę się że ktoś tak właśnie do tego podchodzi, bo dzisiaj social media głównie utrudniają powrót do zdrowia... Niestety. Najbardziej popularne konta ,,recovery" to te, gdzie dziewczyna jest najchudsza, była najwięcej razy hospitalizowana, jedzenie wygląda perfekcyjnie (co z tego, że i tak go nie je?)... Zdobywa lajki i komentarze więc czuje się popularna. Tą popularność zdobyła dzięki wychudzonej sylwetce więc nie chce się zmieniać bo jej pozorna sława przeminie... Więc tkwi w tym stanie ile się da i ,,cieszy" się że jest w jakiś sposób zauważona. Schlebia jej że ktoś czasem się o nią pomartwi i napisze ,,proszę cię jedz więcej bo znikasz"... Czuje że komuś na niej zalezy, a jak będzie zdrowa to co? To nikt jej nie zauważy... Więc dalej wpędza się w chorobę żeby czasami jej sława nie przeminęła. Tak to niestety wygląda. Dlatego ja próbuję się odciąć od tego chorego instagrama bo wcale mi to nie pomogło. Porównywanie siebie, swoich posiłków i porcji, swojego bmi, ilości hospitalizacji, ,,bo ona je zdrowo a ja tylko te słodycze"... To tylko pogłębia chorobę. Nie polecam żadnych kont recovery. Trzeba wrócić do normalnego życia, przyjaciół, rodziny, bliskich i znajomych. Jedzenie to energia do życia, a nie jego sens. Pozdrawiam i czekam na kolejny post. PS. Jeśli mogę mieć prośbę, to czy któryś post mógłby być poświęcony ortoreksji i nadmiernemu przykładami uwagi do składów produktów?

    OdpowiedzUsuń
  3. Zauważyłam też że mnóstwo osób po wyjściu z anoreksji popada w drugą skrajność... I zmienia swój profil z recovery na ,,fit(nazwa)". Niby wszystko ok, waga w normie, jem zdrowo, ćwiczę więc nikt się nie może przyczepić... Ale to tylko pozorne wyzdrowienie. Może i fizycznie jest ok, ale psychika nadal jest chora ,bo powstają kolejne ograniczenia: no sugar, light, no fat, low carb, high protein... I cała masa inncyh pseudo diet fitnessek, a każda z nich mądrzejsza od drugiej. I nagle okazuje się że każda z tych fitnessek jest znawcą i ekspertem dietetyki, treningów itp. A to kolejna obsesja niestety, bo taka osoba znowu za bardzo skupia się na swojej sylwetce, posiłkach i robi sobie zdjęcia z jak najlepszej strony licząc na aprobatę innych w social media... Czyli kolejna obsesja... Oczywiscie- można jesc zdrowo, uprawiać sport, ale w zgodzie ze sobą, a nie przeciwko sobie! A widze że teraz coraz więcej kont recovery zamienia się na fit... A to znowu zbytnie skupianie się na swoim wyglądzie zamiast na prawdziwym życiu :( ,,nie mogę zjeść ciasta z koleżanką bo cheat meal mam w niedzielę, nie mogę iść do kina bo o tej porze wpada mi trening"... Eh :(

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Niestety to bardzo częsta tendencja.. Dlatego właśnie ED jest określane jako jedne z najtrudniejszych do wyzdrowienia tak naprawdę

      Usuń
    2. ooo totalnie sie zgadzam z tym co napisalas

      Usuń
  4. Przejście od anorektyczki do obsesji na punkcie cwiczen idealnie ilustruje przyklad A.Banasiak. Jej profil to facebook.com/AnorektyczkaZawodniczka :(

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Takich przypadków jest niestety mnóstwo... :(

      Usuń
  5. O czym bedzie kolejna notka? ;)

    OdpowiedzUsuń
  6. Mam 25 lat. Przeszłam przez piekło anoreksji i bulimii. I zastanawia mnie jedno. Chyba charakter tych chorób trochę się zmienił na przestrzeni lat. Co prawda kiedy ja chorowałam nie było instagrama ani Facebooka nawet, ale w życiu nie przyszłoby mi wówczas do głowy żeby gdziekolwiek opublikować swoje półnagie zdjęcie. Ja do tego stopnia miałam zaburzony obraz siebie, że do dziś nie potrafię uwierzyć jak widzę w rodzinnym albumie zdjęcia siebie z tamtych lat. Wyglądam jak szkielet, a pamiętam dokładnie że czułam się jak słoń. Wstydziłam się swojego ciała, zasłaniałam je szerokimi ubraniami i na pewno nie odważyłabym się wystawić swojego zdjęcia pod osąd publiki, ponieważ zdawałam sobie sprawę z tego jak jestem "gruba". Nie chciałam, żeby ludzie, oglądając mnie brzydzili się tego " tłuszczu", który na sobie miałam. Teraz anoreksja to bardziej chęć rywalizacji o to która jest najchudsza. Chęć pokazania że "ja też potrafię doprowadzić swoje ciało do takiego stanu". Ja chorowałam po cichu, sama ze sobą, Wstydziłam sie tego, że wymiotuję. Z bulimią człowiek raczej się kryje, a nie afiszuje. Nie ogarniam trochę tego, co się dzieje teraz, w dobie internetu...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. My mamy 23 i w sumie w pełni możemy się z tym zgodzić. Im więcej "internetów" w życiu, tym gorsze i bardziej "próżne" oblicza przybiera choroba. A potem ludzie myślą o chorych, jak myślą...

      Usuń