środa, 15 listopada 2017

Ortoreksja - czym grozi, jak ją diagnozować i leczyć?

W ostatnim poście powiedzieliśmy sobie trochę o tym, czym w ogóle ortoreksja jest i jak się przejawia, a także co może zwiększać jej ryzyko. Dzisiaj zatem co nieco o zagrożeniach i diagnostyce. Choć ortoreksja nie została jak dotąd sklasyfikowana jako choroba i przez to wciąż nie jest postrzegana jako coś niebezpiecznego, a raczej jako szkodliwy nawyk bądź fanaberia, również może nieść ze sobą poważne zagrożenia rzutujące nie tylko na zdrowie psychiczne, ale i fizyczne. Niespecyficzne zaburzenia odżywiania, do których na daną chwilę  najbliżej jest ortoreksji, wcale nie są mniej niebezpieczne niż chociażby anoreksja czy bulimia!

Chęć zdrowego odżywiania może doprowadzić osobę do pozostawienia w swoim jadłospisie jedynie kilku bądź – w skrajnych przypadkach – nawet tylko jednego produktu. Taka sytuacja stwarza zagrożenie niedowagi lub nawet wyniszczenia wymagającego hospitalizacji. W takich skrajnych wypadkach, skutki ortoreksji są zatem praktycznie identyczne jak te obserwowane u anorektyków. Chory może doświadczyć zatem dolegliwości ze strony różnych układów. Ze strony układu krwionośnego - bradykardii, arytmii, niedociśnienia, niedoboru krwinek czerwonych; ze strony układów endokrynnego i metabolicznego - zaniku miesiączki, bezpłodności, hipoglikemii, hiperkortyzolemii, moczówki prostej, osteoporozy, zatrzymania wzrostu (u dzieci); ze strony układu trawiennego – zaparć, zapalenia wątroby, dysfagii; a także problemów ze skórą w postaci jej suchości, świądu oraz wypadania włosów. Choć nie słyszy się o potwierdzonych przypadkach śmierci spowodowanych ortoreksją, Bratman wspomina jednak o kilku pacjentach, u których przyczyna zgonu wynikała bezpośrednio z niedożywienia spowodowanego ortoreksją: były to m.in. kobieta, która zemdlała za kierownicą, ginąc w wypadku samochodowym oraz kobieta, której układ immunologiczny był tak osłabiony, że zmarła po zarażeniu się zwykłą grypą.

Nie mniej ważne są zagrożenia związane ze sferą psychiczną. Poświęcanie większości swojego czasu i uwagi na kwestie związane z jedzeniem oraz nadmierna krytyka wobec siebie i wyrzuty sumienia po zjedzeniu „nieczystego” pokarmu bardzo szybko mogą doprowadzić najpierw do obniżonego nastroju, a z biegiem czasu i do zaburzeń depresyjnych. Ich rozwojowi sprzyja ponadto rozluźnienie więzi towarzyskich lub wręcz izolacja chorych, związana m.in. z lękiem przed sytuacjami wymagającymi wspólnych posiłków. Równocześnie, osoby z otoczenia chorego również mogą być zmęczone jego dziwnym zachowaniem czy próbami indoktrynowania innych swoimi przekonaniami żywieniowymi. W rezultacie chory woli spędzać czas w samotności. Takie błędne koło sprawia, że jeszcze trudniej jest ortorektykowi powrócić do „normalnego” życia. Niebezpieczną sytuację stwarza też przenoszenie swoich lęków i obsesyjnych zachowań na dzieci. Jest to prosta droga zarówno do zaburzenia ich prawidłowego rozwoju poprzez ograniczenie podaży niezbędnych składników żywieniowych, jak i do wykreowania w nich już w bardzo młodym wieku zaburzonych wzorców postaw wobec jedzenia. Dzieci wychowane w ten sposób, z dużym prawdopodobieństwem mogą borykać się z podobnymi problemami w przyszłości.

Diagnoza
No dobrze, zatem jak sprawdzić, czy mamy do czynienia ze zwykłym dbaniem o swoją dietę, czy z ortoreksją? Nie jest tak łatwo, ponieważ aktualnie dostępne testy nie są idealne. Mamy do wyboru prosty, składający się z 10 pytań Test Bratmana, a także nieco bardziej rozbudowany test ORTO-15. Ostatnio twórca pojęcia ortoreksji zaproponował jeszcze inne kryteria, ale wydają mi się one czytelne i proste do zastosowania dla przeciętnej osoby.
Zacznijmy od testu Bratmana. Na poniższe pytania należy odpowiedzieć „TAK” lub „NIE”. Im więcej odpowiedzi twierdzących, tym większe prawdopodobieństwo ortoreksji.

1.      Czy spędzasz więcej niż 3 godziny dziennie na rozmyślaniu o swojej diecie?
2.      Czy planujesz swoje posiłki kilka dni wcześniej?
3.      Czy wartość odżywcza Twoich posiłków jest dla Ciebie ważniejsza niż sama przyjemność wynikająca z jedzenia?
4.      Czy jakość Twojego życia obniżyła się, gdy wzrosła jakość Twojej diety?
5.      Czy stałeś się dla siebie bardziej surowy niż dotychczas?
6.      Czy poczucie Twojej własnej godności wzrosło na skutek przekonania, że zdrowo się odżywiasz?
7.      Czy zrezygnowałeś z jedzenia dla przyjemności, po to żeby zjeść „właściwą” żywność?
8.      Czy Twoje zasady dietetyczne nie pozwalają Ci na zjedzenie czegoś poza domem, dystansując Cię w ten sposób od rodziny i przyjaciół?
9.      Czy czujesz się winny, gdy nie stosujesz się do swojej diety?
10.  Czy czujesz się spokojny wiedząc, że masz całkowitą kontrolę nad tym, że potrafisz zdrowo się odżywiać, zgodnie z narzuconymi sobie zasadami?

Z kolei punktacja testu ORTO-15 jest dość skomplikowana, więc przekseruję Was na stronę, gdzie ten test możecie wykonać.
Tak jak wspominałam, testy te nie są idealne. W badaniach do mojej pracy magisterskiej zatrważająca większość ankietowanych okazała się wykazywać skłonności ortorektyczne. Żeby więc wyniki były bardziej jednoznaczne, można dodatkowo wykonać dedykowany różnym zaburzeniom odżywiania test EAT-26.

Jak leczyć ortoreksję?
Tak jak w przypadku wszystkich zaburzeń odżywiania, leczenie musi być nastawione zarówno na psychikę, jak i na ciało chorego. Niektóre badania sugerują, że skuteczne może być leczenie farmakologiczne, ale te – jak wiadomo – może dobrać jedynie psychiatra. Jeśli nie możemy poradzić sobie sami metodą małych kroków, na pewno warto wybrać się do specjalistów – psychologa i dietetyka, bądź chociażby jednego z nich. Im wcześniej, tym lepiej!

Bibliografia:
  1. Bratman S, Knight D. Health food junkies. Orthorexia nervosa: Overcoming the obsession with healthful eating. Broadway Books, New York 2000
  2.   2. Brytek-Matera A., Orthorexia nervosa – an eating disorder, obsessive-compulsive disorder or disturbed eating habit? Archives of Psychiatry and Psychotherapy. 2012; 1: 55-60
  3.  3. Stochel M., Janas-Kozik M., Zejda J., Hyrnik J., Jelonek I., Siwiec A. Walidacja kwestionariusza ORTO-15 w grupie młodzieży miejskiej w wieku 15-21 lat. Psychiatr. Pol., 2015, 49: 119-134







wtorek, 17 października 2017

Ortoreksja - co to takiego i skąd się bierze?

Mówimy: zaburzenia odżywiania, myślimy: anoreksja i bulimia. A przynajmniej tak to wygląda u większości ludzi. Bardziej zainteresowani lub sami chorzy wiedzą, że mamy dodatkowe całe mnóstwo innych „reksji” – chociażby bigoreksję czy pregoreksję, a do tego zaburzenia takie jak kompulsywne objadanie się czy „chewing and spitting disorder” (żucie i wypluwanie jedzenia). O jednym z tych mniej znanych zaburzeń, ortoreksji, pisałam pracę magisterską i swoją zdobytą wiedzą chciałabym się tu podzielić. 30 stron tekstu raczej by Was zanudziło, więc postanowiłam choć trochę, bardzo skrótowo przybliżyć ten – coraz bardziej znaczący – problem.  Żeby wpisy nie były monstrualnie długie, podzieliłam całość na 2 części. W pierwszej powiemy sobie, co to jest i skąd się bierze, a w drugiej – czym nam grozi, jak to diagnozować i jak leczyć, a także kto jest najbardziej narażony na wystąpienie ortoreksji.

Zacznijmy od podstawowej kwestii – co to właściwie jest?

Samo pojęcie ortoreksji jest stosunkowo nowe. Pierwsza definicja terminu (Orthorexia nervosa, z greckiego ortho – prawidłowy, właściwy; orexis – apetyt,pożądanie) została sformułowana już w 1997 roku przez amerykańskiego lekarza Stevena Bratmana. W swojej książce „Health Food Junkies”  określił on tym terminem patologiczną fiksację na punkcie zdrowej i właściwej żywności. Książka powstała w oparciu zarówno o osobiste doświadczenia autora, jak i prowadzone przez niego obserwacje pacjentów, z którymi zetknął się podczas swojej praktyki lekarskiej. (Sama książka nie została przetłumaczona na język polski, jeśli chcielibyście przeczytać oryginał – polujecie na zagranicznych stronach. Zainteresowanym mogę podesłać skany fragmentów.)
Ortoreksja jak dotąd nie została ujęta w aktualnych klasyfikacjach chorób i zaburzeń psychicznych DSM-V oraz ICD-10. Czy znaczy to, że jest mniej groźna? Moim zdaniem – nie, ale o tym w następnej części.

Osoby dotknięte ortoreksją przywiązują nadmierną wagę do jakości spożywanych produktów i potraw. Obsesyjnie skupiają się na walorach zdrowotnych żywności. Dotyczy to nie tylko samych wartości odżywczych lub składu produktu, ale też sposobów jego pozyskania (np. uznają jedynie produkty ekologiczne lub nawet tylko te z własnej uprawy bądź hodowli) oraz przyrządzenia. Często nie akceptują smażenia, gotowania i mrożenia. Wynika to z silnie zakorzenionych przekonań jakoby techniki obróbki kulinarnej przyczyniały się do zmniejszenia walorów żywności lub wręcz przyczyniały się do jej szkodliwości. Często są też przekonane o wielu tezach nie mających naukowego podłoża. Przykładowo mogą wierzyć, że łączenie różnych makroskładników w jednym posiłku sprzyja produkowaniu toksyn w organizmie bądź że spożywanie mięsa zwierząt hodowlanych zakłóca „naturalny porządek świata” (nie mówię tutaj o nie jedzeniu mięsa z przyczyn etycznych). Może też następować charakterystyczna dychotomiczna klasyfikacja żywności na produkty korzystne - dozwolone i szkodliwe, których pod żadnym pozorem spożywać nie wolno, nawet w najmniejszej ilości. Żadnych półśrodków.

Osoby cierpiące na ortoreksję mogą mieć poczucie wyższości nad osobami, które nie podążają za podobną dietą (tutaj wyraźnie nasuwa się na myśl podobieństwo do anoreksji). Wykazują też tendencję do pouczania swojego otoczenia i są przekonane o sile własnej woli i nadzwyczajnym poświęceniu, którego dokonują w imię wyższych celów (poprawy zdrowia). Bratman porównuje wręcz ten stan do poczucia pewnego rodzaju „błogosławieństwa”, którego dostępują osoby jedzące jedynie produkty „czyste”, a próby edukacji swojego otoczenia porównuje do ewangelizacji. Jest to pewnego rodzaju symboliczna ucieczka i odcięcie się od tego, co ludzkie i ziemskie. Każda „porażka”, pod którą można rozumieć złamanie swoich ustalonych schematów żywieniowych, niezależnie od tego, czy będzie to zjedzenie jednej rodzynki czy też pokaźnej ilości słodyczy, kończy się poczuciem nie bycia godnym poczucia łaski. Jedzenie „czyste” staje się wręcz obiektem kultu. Brzmi strasznie, co?

Obsesyjna dbałość o każdy aspekt diety sprawia, że osoba postępująca w ten sposób podporządkowuje żywieniu wszystkie sfery życia – pracę, naukę, rodzinę i życie towarzyskie. W takim właśnie przypadku możemy już mówić o zaburzeniu. Myślenie o jedzeniu zajmuje masę czasu, wyjścia do restauracji czy jedzenie u gości praktycznie odpadają. Wkrada się zmęczenie, depresja i samotność.

Skąd to się bierze?
O czynnikach wpływających na rozwój ortoreksji i jej coraz powszechniejsze występowanie możnaby pisać i pisać. Dlatego też wymienię te najważniejsze w punktach:
  • ·         Moda – „zdrowe jedzenie” (w cudzysłowie, bo ten termin został trochę wypaczony w obecnych czasach) jest po prostu modne. Atakuje nas z każdej strony. O ile generalnie w świecie zalanym fast foodami jest to trend pozytywny, o tyle często zachodzi to za daleko. Ludzie kompletnie zdrowi boją się glutenu czy laktozy, panikują na widok jakiegokolwiek „E” w składzie (nawet nie wiedząc, jaka substancja się pod nim kryje), przyjmują za świętość coraz to nowe trendy. A wszystko to napędzane jest zwłaszcza przez ogromną machinę social mediów, w których kwitnie food shaming (analogia do określenia body shaming), czyli ocenianie innych poprzez ich wybory żywieniowe. Nie masz czystej michy? Jak możesz?!

  • ·         Strach przed chorobami i wiara w to, że jedzeniem wyleczymy i zapobiegniemy wszystkiemu. Prawdą jest, że pożywienie w ogromnym stopniu wpływa na stan naszego zdrowia, ale zbyt monotonne – wręcz przeciwnie, może mu bardzo zaszkodzić.

  • ·         Bratman pisze też o jednej z ukrytych przyczyn leżących często u podłoża ortoreksji, zwłaszcza w przypadku kobiet. Chodzi o sytuację, w której wybrany reżim dietetyczny pozwala osiągnąć powszechnie przyjęte w społeczeństwie standardy piękna bez przyznawania się do tego zarówno przed sobą, jak i przed innymi, aby uniknąć posądzenia np. o egoizm bądź próżność. Utratę masy ciała po przejściu na mającą służyć zdrowiu dietę – np. wegetariańską lub bardziej restrykcyjną - traktuje się wówczas niejako jako oczekiwany, pozytywny skutek uboczny. No i nikt nam nie powie, że świrujemy z odchudzaniem, bo po prostu „jemy zdorowo”.
  • ·         Ortoreksja może być też wynikiem innych zaburzeń odżywiania, po prostu kolejnym sposobem na danie sobie poczucia kontroli nad jedzeniem. Z drugiej strony, np. anorektycy podczas terapii uczą się traktować pożywienie jako lekarstwo, co pomaga im pozbyć się lęku przed jedzeniem i powrotem do prawidłowej masy ciała. Rezultatem może być przesadne skupienie pacjentów już nie na destrukcji swojego ciała, lecz przeciwnie – na trosce o nie, czyli w tym przypadku jedzenie tylko ściśle określonych pokarmów.

Póki co zatrzymajmy się na tym, kolejna część niebawem. Jeśli macie swoje osobiste przemyślenia lub doświadczenia związane z ortoreksją – dajcie znać w komentarzu lub pisząc na maila. Trzymajcie się ciepło!
S.

Bibliografia:
  1.  Bratman S, Knight D. Health food junkies. Orthorexia nervosa: Overcoming the obsession with healthful eating. Broadway Books, New York 2000
  2.  Саволкова О.А. Нервная орторексия: к постановке проблемы. Клиническая и медицинская психология: исследования, образование, практика. 2014; 2. Dostępny on-line: http://www.medpsy.ru/climp/2014_2_4/article04.php dostęp: 5.02.2016.
  3. Chaki B., Pal S., Bandyopyadhyay A. Exploring scientific legitimacy of orthorexia nervosa:a newly emerging eating disorder. Journal of Human Sport and Exercise., 2013,  8: 1045-1053
  4. Brytek-Matera A., Orthorexia nervosa – an eating disorder, obsessive--compulsive disorder or disturbed eating habit? Archives of Psychiatry and Psychotherapy. 2012; 1: 55-60
  5. Brytek-Matera A., Rogoza R., Gramaglia C., Zeppegno P. Predictors of orthorexic behaviours in patients with eating disorders: A preliminary study. BMC Psychiatry. 2015. 15:252





poniedziałek, 19 czerwca 2017

Jak jeść? Mały poradnik dla zmagających się z zaburzeniami odżywiamia.

Cześć!
Po dość długiej przerwie wracamy z wpisem poświęconym żywieniu w etapie wychodzenia z zaburzeń odżywiania. Jest to temat, który wielu osobom chorym spędza sen z powiek. Dlaczego? A no dlatego, że nagle trzeba wywrócić swój schemat żywieniowy do góry nogami, a czasem wręcz uczyć się jeść na nowo. Po wielu latach choroby problemem może być nawet przyzwyczajenie się do regularnych posiłków, jedzonych przy stole, z innymi ludźmi. Dla kogoś lęk przed czymś tak „normalnym” może wydawać się absurdalny, ale jeśli ktoś, powiedzmy, przez wiele lat unikał śniadań, na obiad zjadał jabłko, a na kolację czekoladę wsuwaną za zamkniętymi drzwiami pokoju…  Nie należy też zapominać o tym, że osoby chore na zaburzenia odżywiania mają najczęściej upośledzone odczuwanie głodu. Pojawia się wiele wątpliwości: co będzie, jak szybko będę przybierać na wadze, czy ja to w ogóle w siebie zmieszczę?
Ponadto często osoby chore są zdane same na siebie i ewentualnie rodzinę, która planuje posiłki. Dlatego przygotowałyśmy garść praktycznej wiedzy opartej i na literaturze, i na własnych doświadczeniach. Musicie bowiem wiedzieć, że jedna z autorek popełniła chyba prawie wszystkie możliwe błędy, jakie można było popełnić. Ale na błędach człowiek uczy się najlepiej i mam nadzieję, że dzięki temu i ktoś inny wyciągnie z nich naukę. J Przed nami zatem kilka najważniejszych pytań.
1)      Ile jeść? Chyba najważniejsze pytanie. Z jednej strony w tym czasie jak najmniej myśli powinno krążyć wokół kalorii i kilogramów, ale z drugiej strony leczenie powinno być skuteczne. Pewnym problemem może być to, że nie ma jednych, sztywnych wytycznych co do ilości spożywanych kalorii. Co badania, to inne założenia. Najczęściej wszyscy zgodni są co do tego, że przybór masy powinien być regularny, stabilny i oscylować koło 1 kg/tydzień. Mądrzy ludzie ustalili, że oznacza to konieczność spożywania w ciągu tygodnia dodatkowo od 1800 do prawie 10 000 kcal. Trochę duży rozrzut, prawda? Więcej na ten temat i skąd biorą się takie różnice znajdziecie w naszym wcześniejszym wpisie. No i skąd wiedzieć, co to sę te „dodatkowe” kalorie? Bardziej obeznani z tematem wiedzą, że są to kalorie wykraczające ponad ilość określoną przez całkowitą przemianę materii. W jej dokładnym oszacowaniu mogą pomóc dietetycy za pomocą specjalnych wzorów i na podstawie doświadczenia. Dla uproszczenia w jednym z artykułów przyjęto założenia, które wyrażają te zapotrzebowanie w kcal na kilogram masy ciała na dobę. Uznano, że ilość kcal powinna być stopniowo zwiększana do 60-100 kcal/kg.m.c./dobę. Przykładowo, osoba o masie 45 kg powinna zgodnie z tymi zaleceniami spożywać dziennie od 2700 do 4500 kcal.[1] Wiadomo, że trudno z dnia na dzień przestawić się z 600 kcal dziennie na 2700. Jak zatem zwiększać ilość? Na przykład co tydzień dodawać 500 kcal. W pierwszym tygodniu 1100, w następnym 1600 i tak dalej. Oczywiście są to założenia do stosowania w przypadku osób, których życiu nie zagraża niebezpieczeństwo. W przypadku skrajnie niskich wartości BMI lub uszkodzenia narządów, kiedy występuje ryzyko tzw. refeeding-syndrome, najlepszym wyjściem jest leczenie szpitalne, w tym niestety często żywienie przez sondę nosowo-żołądkową.

Bardzo możliwe, że spotkaliście się też z założeniami tzw. Minnie-Maud Recovery, które są pewnego rodzaju podsumowaniem różnych innych zaleceń. Według nich należy:
·         Codziennie spożywać minimum kaloryczne. CODZIENNIE.
·         Nie ważyć się i nie mierzyć się. Unikać obcisłych ubrań. (Wiecie, tych, w przypadku których wystarczy 1 dodatkowy centymetr w talii i nie można się dopiąć. Polecamy sukienki. I spódniczki, najlepiej na gumce. Serio oszczędzają stresu.)
·         Nie ćwiczyć.
Ponadto dostajemy wytyczne co do MINIMALNEJ ilości kcal.
·         2500 kcal dziennie dla kobiet w wieku 25+
·         3000 kcal dziennie dla kobiet w wieku poniżej 25 lat i mężczyzn w wieku 25+
·         3500 kcal dziennie dla mężczyzn w wieku poniżej 25 lat

       Założenia proste, łatwe do zapamiętania i efektywne. Więcej na ich temat przeczytacie tu.
2)      Drugie ważne pytanie: co jeść? Czy należy czegoś unikać?
Osoby z ED często mają swoje „bezpieczne” produkty i tzw. „fear foody”. Często więc w czasie leczenia nie wprowadzają do diety urozmaiceń, tylko np. jedzą więcej „bezpiecznych” rzeczy. Nie róbcie tego (dieta oparta na serku wiejskim i słodyczach była jednym z największych błędów mojego życia). Po pierwsze, co  z tego, że masa będzie rosnąć, jeśli w głowie dalej będą bariery i ograniczenia. Po drugie, monotonna dieta jest fatalna dla metabolizmu. Po trzecie, organizm potrzebuje masy witamin i makro oraz mikroelementów, żeby naprawić wszystkie zniszczenia.  Najlepiej jak najszybciej spróbować wejść w rutynę „normalnego” jedzenia. Pomocne jest przebywanie z osobami, które nie mają problemów z jedzeniem i nie są z tych „wiecznie na diecie”. Wprowadzać nowe produkty, odkrywać dawno zapomniane smaki. W końcu jedzenie ma być teraz nie tylko obowiązkiem, ale i przyjemnością. Już parę dziewczyn pisało, że dostały od dietetyków jadłospisy przeznaczone raczej dla osób na redukcji. Same „zdrowe” produkty. Zero słodyczy. Efekt? Frustracja i kolejne lęki. To raczej nie jest dobra droga. Dodatkowe kalorie z batonika czy lodów nie zaszkodzą, a są wręcz wskazane. Nawet po 22, w łóżku. Długotrwałe ograniczanie się może dać rezultat np. w postaci przejścia anoreksji/bulimii w ortoreksję, albo anoreksji w bulimię. A nie to jest przecież celem. Ograniczyć można produkty, które wzmagają objawy takie jak wzdęcia (które, swoją drogą, są naturalne dla tego etapu), czyli warzywa kapustne, rośliny strączkowe, w przypadku niektórych osób przyczyniać się do nich może też mleko czy spożywany w nadmiarze nabiał.

3)      Czy spożywać preparaty wysokoenergetyczne? Tak, chodzi o słynne Nutridrinki i wszystkie tego typu napoje możliwe do kupienia w aptekach. Jeśli macie problem z dobiciem do odpowiedniej ilości kalorii, a przy tym możecie sobie na to pozwolić finansowo (koszt to ok. 8 zł/butelkę) – pijcie śmiało. Jest dodatkowo dobre uzupełnienie witamin i innych niezbędnych składników. Niektóre smaki są naprawdę pyszne, na pewno można znaleźć coś dla siebie. Wypicie 1 butelki  (czy nawet dwóch) w ciągu dnia nie powinno być problemem. Tak zamiast soku czy innego napoju.

Podsumowując: dieta w czasie leczenia powinna być zbilansowaną, wysokokaloryczną dietą.    Dodatkowo zadbać należy o regularność posiłków i stopniową naukę jedzenia bez lęku przy ludziach, na mieście. Jeśli pojawią się problemy, np. spadki masy ciała czy też na odwrót – jej ekstremalnie szybki nabór, problemy gastryczne i inne tego typu sprawy, warto zwrócić się do dietetyka z doświadczeniem w sprawach zaburzeń odżywiania. Zawsze możecie też postawić na szybką i bezpłatną pomoc, czyli napisać do nas maila (jaktorozgryzc@gmail.com). Postaramy się w miarę możliwości pomóc czy też rozwiać wątpliwości.
To tyle na dzisiaj. Następny wpis będzie poświęcony sprawom bardziej psychologicznym, a konkretniej jak nie dać się atakującej zewsząd letniej obsesji „idealnego bikini body”. Do usłyszenia!

P.S. Połówka bloga jest w trakcie pisania pracy magisterkiej na temat ortoreksji. Będzie mi niezmiernie miło, jeśli zechcecie dorzucić swoje 3 grosze do moich badań i wypełnić ankietę.
Z góry dziękuję!


S&S
      





[1] Marzola E, Nasser J, Hashim S, Shih P, Kaye W. Nutritional rehabilitation in anorexia nervosa: review of the literature and implications for treatment, BMC Psychiatry, nr 13(1).

czwartek, 13 kwietnia 2017

Czy ED może wyjść nam na dobre?

Pewnie niewiele osób mogłoby się spodziewać, że i z takiej sytuacji można wynieść coś dobrego, a jednak! Dla wszystkich niedowiarków dziś chcemy pokazać wam, że „dzięki” tej chorobie trochę inaczej patrzymy na pewne sprawy J
Mówiąc o zaburzeniach odżywiania, zazwyczaj skupiamy się na negatywnych śladach, jakie odcisnęły one na naszym życiu. Zarówno tych dotyczących sfery psychicznej, jak depresja, lęki, zniszczone relacje z innymi ludźmi, jak i dotyczących naszego zdrowia fizycznego: zaburzeniach metabolizmu i pracy różnych narządów, zniszczonych włosach, skórze, zębach… Myślimy o tych wszystkich latach, często będących okresem, który powinien być jednym z najlepszych w naszym życiu. Myślimy o niewykorzystanych okazjach, wieczorach spędzonych w domu  (bo przecież każde wyjście to ryzyko narażenia się na wspólny posiłek), kłótniach z najbliższymi. Zastanawiamy się często, co by było „gdyby”: jak wyglądałoby moje życie, jaką był(a)bym osobą? Niejednokrotnie mamy do siebie żal, że daliśmy się złapać w pułapkę ED i oddalibyśmy wszystko, żeby cofnąć się w czasie i podjąć inne decyzje. Czy jednak czas choroby można uznać w 100% za czas „zmarnowany”? W końcu podobno nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. I nam udaje się dostrzegać pewne „plusy”.
Przede wszystkim, co nie zabije to wzmocni. Pewnie, nie w każdym przypadku ta zasada sprawdza się w 100%, praktycznie każde złe doświadczenie czegoś nas uczy. Czego więc mogą nauczyć zaburzenia odżywiania? Na pewno tego, jak mylące i fatalne w skutkach może być stawianie wyglądu przed zdrowiem, szczęściem i całą resztą. Kto przeszedł przez ED, przekonał się na własnej skórze, że osiągnięcie swoich wyimaginowanych ideałów wcale nie sprawia, że nagle życie staje się lepsze, a wręcz przeciwnie – że osiąganie ich absolutnie nie jest warte swej ceny. Patrząc na cudze ciało, potrafi zadać sobie pytanie, co je ukształtowało i często zamiast zazdrości – poczuć współczucie lub ulgę, że w naszym przypadku, to już przeszłość. Generalnie – potrafi wybrać to, co ważniejsze, czyli spokój ducha i zdrowie psychiczne.
Wydaje nam się, że inaczej patrzymy też na ludzi, szczególnie przedstawicielki naszej płci, które są dużo bardziej wrażliwe na punkcie swojego wyglądu i rozmiarów, a co za tym idzie łatwiej je zranić. Choroba, której doświadczyłyśmy sprawia, że zanim kogoś ocenimy ze względu na wygląd, dwa razy zastanowimy się czy przypadkiem ta dziewczyna sama nie zmaga się z problemami związanymi z zaburzonym obrazem siebie, czy nie przechodzi nawet w pewnym stopniu przez to co my mamy przynajmniej w dużym stopniu za sobą. Nie tylko wychudzone „wieszaki” to anorektyczki, objawów zaburzeń odżywiania jest wiele, a tylko jednym z nich jest chudość. To problem, który pojawia się w głowie a jego konsekwencje często są na pierwszy rzut oka w ogóle niewidoczne i niestety często bagatelizowane przez społeczeństwo co nie raz powoduje pogłębienie problemu. Dlatego warto się dwa razy zastanowić zanim nazwiemy kogoś grubym, czy w jakikolwiek sposób urazimy. Dotyczy to również osób, które starają się uporać z chorobą. Pamiętajmy, że w kwestii sylwetki osoby z ED są bardzo delikatne i lepiej darować sobie żarty jej dotyczące, bo łatwo kogoś skrzywdzić, ale to temat na osobny wpis.
Uczą też siły i przezwyciężania własnych słabości. Na początku mamy wrażenie, że tych cech uczy nas odmawianie sobie jedzenie czy obsesyjne treningi. W końcu każdy wie, ile wysiłku wymaga czasami odłożenie kolejnego ciastka czy kostki czekolady. Tymczasem prawdziwa walka z samym sobą zaczyna się wtedy, kiedy chcemy się pozbyć choroby, która już na dobre zadomowiła się w naszej głowie. Ile samozaparcia trzeba, żeby codziennie przezwyciężać dręczące myśli i wyrzuty sumienia, żeby ignorować wzrastający numer na wadze, żeby każdego dnia na nowo podejmować decyzję o wyrzuceniu ED ze swojego życia… No właśnie, kto tego nie doświadczył, może sobie tylko wyobrażać, a zapewniamy, że wyobrażenia i tak są pewnie lżejsze, niż rzeczywistość. Taka walka, zwłaszcza już wygrana, pozwala mierzyć się i z innymi problemami: w pracy, w nauce, w związkach, przyjaźniach… W końcu skoro pokonaliśmy TAKIEGO wroga, co mogłoby pokonać NAS? No pewnie, że nic!
Kolejna sprawa. Znajomości oparte na zaburzeniach odżywiania mogą być zgubne i prowadzić jedynie do wspierania się w trwaniu w chorobie. Albo i gorzej – do absurdalnej konkurencji: kto schudnie więcej, kto szybciej trafi do szpitala, kto dostanie mocniejsze leki? Tak może, ale nie musi to wyglądać. Nic tak nie łączy, jak wspólne przejścia, a znalezienie osoby, która przeszła to co my, jest bezcenne. Rozmowy, w których w końcu ktoś nas w pełni rozumie, są ogromną ulgą i jednocześnie motywacją do dalszej walki. Świetny przykład: my. J Dzięki temu, że mamy za sobą takie, a nie inne historie, poznałyśmy i siebie nawzajem, i kilka naprawdę wspaniałych osób.
Za to czy ktoś pomyślałby, że ED mogą nas w pewnym sensie „zatrzymać w czasie”? W głębinach internetu znalazłyśmy kiedyś wypowiedź pewnej dziewczyny, która pisała, że lekarze powiedzieli jej o pewnym ciekawym „zjawisku”. Kiedy wychodzimy z zaburzeń odżywiania, nasz umysł znajduje się w takim wieku, w jakim był przed chorobą. Tak jakbyśmy w czasie tych wszystkich lat wypełnionych ED wcale się nie starzeli. Może mieć to sens, bo ED pozbawia wielu doświadczeń i emocji, które są właściwe dla zdrowych rówieśników. Nie mówiąc już o zaburzeniach funkcjonowania całego układu endokrynnego, a więc regulującego pracę hormonów. Dodatkowo, jeśli człowiek uświadamia sobie,  że jest w pełni, lub prawie w pełni wolny od ED np. w wieku 22 lat, a poprzednie lata wolne od ED kończyły się na 13 roku życia, to okazuje się, że trzeba całkiem sporo nadrobić – innymi słowy, po prostu zacząć żyć, bawić się i robić to wszystko, na co można było przeznaczyć czas spędzony z chorobą. To by tłumaczyło, dlaczego często osoby z historią zaburzeń odżywiania są postrzegane jako ciut niedojrzałe, czy wręcz infantylne. Wybaczcie, według takiej rachuby, po prostu mamy jakieś 16 lat. :D Ale czy to nie cudownie wiedzieć, że łatwiej nam zachować w sobie cząstkę dziecka, które ma w sobie wrażliwość, wyobraźnię i umiejętność cieszenia się z rzeczy, których nasi rówieśnicy często nie dostrzegają?
Jeśli w wypowiedzi tej dziewczyny jest chociaż ziarenko prawdy (a wydaje nam się, że nawet całkiem sporo),  to my w takim razie  jakkolwiek by to zabrzmiało cieszymy się, że „dzięki” temu nigdy nie staniemy  się „nudnymi i poważnymi dorosłymi” od czego zawsze uciekałyśmy.
I ostatnia sprawa. Najlepsze, co można zrobić, mając za sobą ciężką historię związaną z odżywianiem, to wykorzystać ten fakt dla zrobienia czegoś dla innych. Nie potrzeba wiele – poświęcony czas, empatia, zrozumienie, pomoc dietetyczna czy psychologiczna… Czasem drobne gesty znaczą dla kogoś więcej, niż możemy sobie wyobrazić. Jeżeli choć jedna osoba dzięki zrozumieniu i wsparciu jakie możemy okazać poczuje się dzięki temu lepiej, to tym bardziej utwierdzamy się w przekonaniu, że nic w naszym życiu nie dzieje się bez przyczyny. Jak pisze Rupi Kaur:

Tak kochani, pomoc tym, którym jeszcze nie udało się wyjść z tej paskudnej dziury zwanej ED, to prawdziwa złota cegiełka pomagające odbudować czyjeś życie. Korzystajcie z tej możliwości.

Chcemy wam również życzyć wszystkiego najlepszego z okazji zbliżającej się Wielkanocy! Miło spędzonego czasu z bliskimi, oczywiście przy stole zastawionym smakołykami, których nie będziecie sobie żałować :)

Do usłyszenia!



niedziela, 26 marca 2017

Jasna strona mocy - czyli Pozytywne strony internetu w walce z ED

Cześć!
Poprzednim razem ponarzekałyśmy na social media i ich związki z zaburzeniami odżywiania. Na szczęście każda moneta ma dwie strony, więc dziś trochę o tych pozytywnych stronach, czyli jak wykorzystać social media jako sprzymierzeńców w walce z zaburzeniami odżywiania.

Zacznijmy na przykład od tego: w ostatnim czasie można zauważyć, że całkiem sporo instagramowych „celebrytów”, ale i najzwyklejszych dziewczyn, nie boi się pokazywać swojego ciała w pozach – powiedzmy – mniej korzystnych. Na jednym zdjęciu idealnie płaski brzuch z zarysem mięśni, a na drugim 3 wałeczki. Odstęp między zdjęciami – 10 sekund. Cel? Pokazanie, że ciała, które widzimy na zdjęciach, często są „stuningowane” – a to światłem, a to odpowiednią pozą, dobranym strojem (o wszelkich „spłaszczaczach” i push-up’ach nawet nie wspominamy).  To jak ze zdjęciami do dokumentów – kwestia światła, kąta i nagle z całkiem ładnej dziewczyny stajemy się kryminalistą z twarzą jak księżyc w pełni. Wprawne osoby od razu zorientują się, że czasem uda na zdjęciu to zasługa odpowiedniego zgięcia się w talii lub uniesienia nóg w górę. Dobrze, że coraz więcej osób uświadamia to swoim obserwującym, dla których często są kimś w rodzaju guru.
Drugi przykład: konta recovery, ale te prawdziwe, a nie jakieś podrabiańce. Takie, gdzie możemy się przekonać, że powrót do prawidłowej masy ciała (i do życia) to nie tylko kanapki grubo posmarowane masłem, ale też cały ogrom na nowo odkrywanych smaków. Takie, gdzie widać, że parę czy też paręnaście dodatkowych kilogramów nie zaprowadzi nas prosto do otyłości. Jest trochę kont, na których można poczytać też ciekawe przemyślenia, słowa motywacji i znaleźć ogrom dowodów na to, że nie tylko można, ale i warto zacząć walkę o samego siebie. Z takich bardziej popularnych, fajnymi przykładami są np. Amalie Lee (zrobić link do http://www.instagram.com/amalielee/) i Chiara (http://www.instagram.com/chiaravive/), warto zajrzeć też do Jess (http://www.instagram.com/embracingjess/), a jeśli chodzi o kogoś z naszego polskiego podwórka - do Roksany (http://www.instagram.com/rocksanka/).

Zaburzenia odżywiania to nie tylko problemy powiązane stricte z jedzeniem i figurą, ale też samooceną, poczuciem własnej wartości, depresją. Dlatego zamiast śledzić Kardashianki czy inne Jennerki, warto popatrzeć na przykłady ludzi, którzy faktycznie są jakimś wzorcem i mogą nas nauczyć czegoś więcej, niż jak dobrze wykonturować twarz. Nie muszą to być gwiazdy (chociaż i tutaj mamy chociażby silne, piękne, szczerze kobiety w osobie Emmy Watson czy Jennifer Lawrence). Zapewne i w Waszym otoczeniu nie brakuje takich osób, które podziwiacie za pracowitość, kreatywność, lojalność, poświęcenie, a nie za buty za miliony monet. Pozytywne przykłady, które możemy podpatrywać, to już dobry punkt zaczepienia do małego przewartościowania swojego kręcącego się wokół jedzenia świata.

Z zaburzeniami odżywiania, można radzić sobie na różne sposoby, chyba nie ma idealnego, ponieważ każdy z nas jest inny i potrzebuje innych bodzców, i inspiracji. Dla jednych Internet stanie się źródłem czerpania motywacji do powrotu do zdrowia poprzez wspomniane konta, blogi czy po prostu zdjęcia, a inni będą go unikać jak ognia by nie natknąć się na „idealne” zdjęcia „idealnych” osób o nieskazitelnych figurach, które jak wspomniałyśmy często wcale nie mają dużo wspólnego z rzeczywistością. Potrzeba dużo silnej woli i według nas mocnej psychiki, by nie dawać się złamać w wyidealizowanym świecie Internetu, jednak całe szczęście, ze pojawiają się tam również jasne światełka w tunelu, które pozwalają na inne spojrzenie na problem ED.

Jesteśmy bardzo ciekawe co lub kto wam pomaga,  gdy dopada was chandra, kto was inspiruje? Może podsuniecie nam jakieś ciekawe zródła, które mogą i nas zainspirować, a może przedstawicie swój punkt widzenia dotyczący pozytywnych stron Internetu w radzeniu sobie z zaburzeniami odżywiania?

Czekamy na wasze komentarze i zabieramy się za kolejny wpis!  





poniedziałek, 13 lutego 2017

Ciemna strona Social Media w ED

Temat, który chciałybyśmy dziś poruszyć jest bardzo delikatny. Zdania co do niego są zazwyczaj bardzo podzielone, trudno też – rozmawiając na ten temat – nie urazić nikogo. Ale jest to temat bardzo ważny i dla tych, którzy są w trakcie walki z zaburzeniami odżywiania, i dla tych, którzy mają ją za sobą, i w końcu dla tych, którzy próbują po prostu to wszystko zrozumieć lub pomóc swoim bliskim. Przypuszczamy, że ilu ludzi tyle opinii dlatego dziś przedstawiamy nasz punkt widzenia i z niecierpliwością czekamy na wasze sugestie!

Przy omawianiu czynników wpływających na obecną epidemią zaburzeń odżywiania, praktycznie zawsze wymienia się wpływ mediów. Wychudzone modelki, czasopisma krzyczące do nas z okładki „Schudnij 5 kg w tydzień!” (serio?), a obecnie – w sumie chyba w największym stopniu – i wszelkie Instagramy, czy inne Tumblry, które codziennie są zalewane falą zdjęć gloryfikujących chudość.
Jednocześnie to właśnie w social mediach wiele osób szuka pomocy w zmaganiach. Oprócz blogów i kont „pro-ED” , wiele jest również takich, na których chorzy dzielą się swoimi sukcesami, wymieniają doświadczeniami. Wystarczy wyszukać na Instagramie wpisy oznaczone hasztagami #recoveryispossible, #anawho czy po prostu #eatingdisordersrecovery.

Jak więc jest z tymi Internetami: pomagają czy szkodzą?  Dzś zajmiemy się tą ciemniejszą stroną mocy by dać upust temu co w nas siedzi i ze świeżym spojrzeć, pochylić się nad tą jasną.
Jak każdy, kto zmagał się z anoreksją, zdarzały nam się upadki i wzloty, zdarzały się dni lepsze i gorsze. Wiemy już, jakich sytuacji unikać w realnym życiu, żeby – mówiąc językiem ludzi-z-ed – nie dać się striggerować (czyli wpaść w niepokój i dać naszej chorobie przejąć kontrolę). W internecie jest to już trudniejsze – tam nie jest tak prosto odwrócić głowę i robić swoje. Jesteśmy zalewani masą obrazów i tekstu, nawet bez swojej wiedzy i zgody. Ja przyznaję się bez bicia, że nawet po takim czasie, nawet w wieku już od paru lat nie nastoletnim, zdarza  się, że niektóre zdjęcia skutecznie psują nastrojenie na cały dzień.

Na modelki i inne celebrytki w sumie już nawet nie patrzymy. Magię photoshopa dobrze znamy. Pudelków nie czytujemy. Na dodatek kobiety, które przy okazji uważamy za najpiękniejsze i najbardziej utalentowane, wcale nie są wychudzone. Uff. Nasze utrapienie to Instagram. Zrezygnować z niego nie ma za bardzo jak, bo to też narzędzie pracy, poza tym po prostu jedna z fajniejszych aplikacji. Nie ma jednak dnia, w którym nie natknęłoby się na taką sytuację:
Dziewczyna, na oko BMI 16 lub mniej (w każdym razie nie takie, które można by zrzucić na „szybką przemianę materii”), pozuje do zdjęcia w jednej z „typowych instagramowych” poz, jak ja to nazywam. Nie będziemy ich opisywać, bo na pewno wiecie, że chodzi o takie, w których wyglądamy najszczuplej. Zdjęcie to zdjęcie, nie można wszystkich ludzi z ED zamknąć albo odziać w płócienne worki i zakazać pokazywania się. My to rozumiemy. Ale serce pęka, kiedy czyta się to, co się dzieje pod zdjęciem. Komentarze prawie wszystkie w jednym tonie: „jaka cudowna figura!”, „chcę mieć Twoje nogi!”, „ideał!”. Faceci często wcale nie lepsi (raz pod zdjęciem dziewczyny, o której na 100% wiedziałam, że jest chora, jeden z nich napisał „każda dziewczyna powinna tak wyglądać” – czyli mieć 20 kg niedowagi). Czytamy sobie wtedy to wszystko i przypominamy, jak działało to na nas kiedyś. Co prawda w swoich najchudszych czasach nie miałyśmy IG, ale takie zabójcze komplementy trafiały się cały czas. I potem tak: wszyscy w koło mówią, że jestem chora, moje serce niedługo może odmówić współpracy, przyjaciele szczerze powtarzają, że wyglądam paskudnie (i chwała im za to). A jednocześnie cała rzesza osób zachwyca się moimi patykowatymi nóżkami i wklęsłym brzuchem. Jeśli będę „normalna”, nie będzie już komplementów. Co robić?
Czytamy i zastanawiamy się, czy ktokolwiek z tych komentujących płakał po zjedzeniu nadprogramowych ziarenek ryżu. Czy ktokolwiek spędzał długie godziny u psychologów i psychiatrów. Czy ktokolwiek z nich patrzył na płacz swojej mamy, która mówi, że nie ma siły i się poddaje. Płakał przed lustrem, brał prysznic z zamkniętymi oczami? Słuchał lekarza, który mówi, że daje nam 5 lat życia? Bo my, patrząc na wychudzone ciała widzimy właśnie takie obrazy. Nie piękno. Nie lekkość. Widzimy to wszystko, co się z tym wiąże. Prawdziwe, realne życie z ED nie wygląda tak kolorowo jak "klimatyczne" zdjęcia z kont społecznościowych. To walka między obsesją wagi, wglądu, liczenia kalorii a zachowaniem pozorów, by nie krzywdzić bliskich. Istna wojna w głowie.

Za każdym razem, kiedy napotykamy coś takiego, jest nam po prostu smutno. Już nie mówię o tym, że przez ułamek sekundy do głowy próbuje wedrzeć się myśl, że właśnie TO jest ładne, TO podoba się ludziom, a ja już TAKA nie jestem. To takie uczucie „I don’t wanna live on this planet anymore”. Niby świadomość ludzi rośnie, niby odchodzi się od “mody” na wychudzone ciało, a jednak mamy wrażenie, że jest coraz gorzej. Serdecznie polecamy zwiewać z takich profili, tak szybko jak tylko się da. I nie czytać komentarzy. Chyba,  że chcecie wdać się w dyskusję i dyskutować jak ze ścianą, a jak dobrze pójdzie, to i zostać wyzwanym w najróżniejsze sposoby. Nie warto.

Druga ciemna strona Internetów. Profile „recovery” ale w sumie raczej „nie-recovery”. Ile razy zastanawiałam się, jak to jest możliwe, że niektóre dziewczyny, które z taką pieczołowitością dokumentują każdy swój posiłek i piszą, jak to cudownie wracać do zdrowia, tak naprawdę wcale nie robią progresu. Oszukują i zwodzą. To normalne, tak jest w tych chorobach. Ale po co robić to publicznie i wprowadzać w błąd ludzi, którzy nas śledzą i kibicują nam w walce? Dla atencji? Albo może dla usprawiedliwienia w pewnym sensie swoich zachowań. „Wcale nie jestem egoistką, chcę wyzdrowieć, leczę się, jem, halo!”. A potem dziewczyny są załamane, że wzorując się na diecie takiej-a-takiej, która jedząc 3000 kcal dziennie nie przybrała nawet 0,5 kg, one przybrały w tydzień 2 kg. Czy to w porządku? Bo jak tak, to one jednak nie chcą zdrowieć. A to trzeba sobie jasno powiedzieć: recovery to nie tylko jedzenie masy dobrych rzeczy na pięknych naczynkach. To odbudowa naszego ciała. I to odbudowa również w dosłownym sensie. Nie ma co się dać nabrać na takie magiczne przypadki, które dziwnym trafem wymykają się prawom biologii. Lepiej rozejrzeć się za prawdziwie inspirującymi osobami, których też trochę jest, ale o tym następnym razem.



wtorek, 10 stycznia 2017

Problemy z metabolizmem w zaburzeniach odżywiania


Temat, o którym chciałabym napisać, jest jednym z najczęściej przewijających się w pytaniach i wiadomościach, które dostaję co jakiś czas od i od znajomych z „internetów”, i tych, których miałam przyjemność poznać osobiście. Jest on również ważny dla mnie osobiście, bo i mi samej przyszło się z nim zmierzyć.

Jakiś czas temu rozmawiałam ze znajomą, która zwróciła się do mnie jako – wówczas jeszcze – „prawie dietetyka”, z prośbą o pomoc. Dla ułatwienia nazwijmy ją Adą. Nasze sytuacje były dość podobne. Wychodziła z anoreksji, na pozór wszystko mogło wydawać się ok, BMI wróciło już do normy, wróciła też miesiączka. Nie zgadzała się tylko jedna rzecz. Ada przez wiele miesięcy jadła cały czas około 600 kcal dziennie i wciąż przybierała na wadze. Rozumiałam doskonale jej frustrację. Kiedy już zaakceptuje się fakt, że leczenie zaburzeń odżywiania NIE JEST możliwe bez osiągnięcia prawidłowej masy ciała, zazwyczaj ma się nadzieję, że będą z tego jakieś „profity” – kto chorował na ED, ten zrozumie, jaką radością może być jedzenie potraw, których unikało się przez całe lata, jaką radością może być chociażby wyjście ze znajomymi do restauracji. Nie wgłębiając się w szczegóły – okres powrotu do prawidłowego BMI, jeśli jest już naszym własnym wyborem, jawi się często jako czas beztroski i koniec nieustannego pilnowania limitu kalorii.
Ja też wychodziłam z tego założenia: „przybiorę te 10-15 kg z przyjemnością, bo przecież będę w końcu jeść jak normalna osoba”. Co prawda miałam gdzieś z tyłu głowy pamięć o pobycie w szpitalu, gdzie w ciągu 2 tygodni, jedząc około 1500 kcal przybrałam 4 kg, ale tłumaczyłam to sobie tym, że przecież na pewno duża część to była woda, resztki zalegające w jelitach i tak dalej. Naoglądałam się wszystkich Instagramowych kont „recovery”, gdzie dziewczyny codziennie wstawiały zdjęcia posiłków, na które ja pozwalałam sobie góra raz w miesiącu (to też temat na osobny post) i uznałam, że całe to zdrowienie nie jest takie złe. Życie wywraca się do góry nogami, no ale to chyba uczciwa cena za jedzenie codziennie pół tabliczki czekolady, tostów z Nutellą i zapijanie tego Nutridrinkiem (a ja serio kochałam smak Nutridrinków).
Ponieważ jednak jestem realistką z silnymi tendencjami pesymistycznymi, uznałam, że znając mój metabolizm (od dziecka miałam skłonność do tycia, zawsze byłam typową pulchną dziewczynką, z której dumna byłaby typowa polska babcia), lepiej nie porywać się z motyką na słońce. Tak więc zaczęłam od ok. 1500 kcal. Z ręką na sercu przyznaję, że to była jedna z najgorszych diet, jakie mogłam sobie narzucić. Ponieważ wciąż miałam problem z jedzeniem w miejscach publicznych, 80% tej ilości zjadałam wieczorem. Kolacja, II kolacja, podjadanie podczas nauki do późnych godzin. I jakże byłam zdziwiona, kiedy moja masa ciała szybowała w zastraszającym tempie. Z jednej strony wiedziałam, że tak ma być, ale z drugiej – kto nie byłby zestresowany, widząc +3 kg w ciągu tygodnia? Nie wdając się w szczegóły – przez parę dobrych lat próbowałam zwiększyć swoją dzienną podaż kcal i za każdym razem wracałam do restrykcji. Skończyło się tym, że w przypływie złości roztrzaskałam moją piękną, elektroniczną wagę i przez kolejne 2 czy 3 lata omijałam z daleka jakąkolwiek wagę.
Mój przypadek aż prosi się o podsumowanie, że nic dziwnego, skoro jadłam tak nieregularnie i co chwilę wracałam do głodzenia. Jednak Ada jadła pod wieloma względami „wzorowo” – kilka posiłków dziennie, mało słodyczy, warzywa, owoce, żadnych fast-foodów. Podobnie jak ja, codziennie dużo chodziła (jak zawsze przypominam, że szybki marsz jest niewiele „gorszy” od biegania!). A jednak 600 kcal wciąż okazywało się być za dużą podażą dla jej organizmu. Dodam tu, że Ada nie tylko wróciła do swojej masy ciała sprzed choroby, ale też przybrała parę dodatkowych kilogramów. Zrobiłam wszystko, co w swojej mocy, żeby jej doradzić i pomóc wyjść z tej sytuacji – uważam, że zrobiłyśmy spory progres, przynajmniej tyle mogę stwierdzić bazując na jej wypowiedziach i relacjach.
Równocześnie postanowiłam zasięgnąć opinii kogoś mądrzejszego ode mnie. Krótko przedstawiłam sytuację jednej z pań doktor z mojej uczelni, która wykładała u nas kilka przedmiotów. Nie ukrywam, że byłam bardzo rozczarowana jej postawą i szablonowym podejściem. W paru niemiłych zdaniach skwitowała, że na pewno moja znajoma kłamie, bo taka sytuacja nie jest możliwa. No a jeśli sobie nie radzi, to może niech idzie do jakiegoś ośrodka zamkniętego. Niestety pokazuje to, że wielu dietetyków wciąż patrzy na sprawę bardzo „książkowo” – na temat leczenia zaburzeń odżywiania praktycznie wszędzie przeczytamy to samo: zwiększyć zapotrzebowanie o tyle i tyle, a masa ciała będzie rosnąć i wszystko będzie wspaniale. Chociaż biologia rządzi się swoimi prawami, uznałam, że jak widać czasem nie wszystko układa się tak, jak można by to przewidzieć.
Po dość burzliwym okresie końca studiów I stopnia i początku II stopnia, postanowiłam wrócić do tematu. Dodatkowo motywowało mnie to, o czym wspomniałam na samym początku – to nie były odosobnione przypadki. Co najmniej kilkanaście dziewczyn opisywało podobne sytuacje. Były zmęczone, złe, bezradne i bliskie poddaniu się i powrotu do chorobowych zachowań. Postanowiłam poszukać rzetelnych, popartych dowodami odpowiedzi na pytania:
1) Jak zmienia się metabolizm u osób z zaburzeniami odżywiania, zwłaszcza w fazie powrotu do prawidłowej masy ciała
2) Czy jest możliwy powrót do poziomu przemiany materii sprzed choroby?
O tym, że podczas głodzenia czy też jakiegokolwiek innego zaburzonego sposobu odżywiania metabolizm zwalnia – wie chyba każdy. Słusznie osobom próbującym schudnąć odradza się głodówkę. Podczas głodówki tracimy nie tylko tłuszcz, ale i tkankę mięśniową, a im mniej beztłuszczowej masy ciała, tym mniejszy wydatek energetyczny. Ponadto organizm zaczyna rozumieć, że trzeba przestawić się w tryb oszczędny i zaczyna ograniczać poziom podstawowej przemiany materii, czyli tej, która jest zużywana na pracę narządów wewnętrznych, utrzymanie ciepłoty ciała itd. To właśnie dlatego podczas nadmiernego odchudzania żyje się w świecie wiecznego chłodu, ma ochotę spać 24h/dobę, trudniej jest się skoncentrować.
PPM zaczyna wzrastać, kiedy tylko osoba chora zostaje poddana leczeniu. W badaniu przeprowadzonym w 2004 roku na 87 osobach chorych na anoreksję, podczas 75 dni leczenia, PPM wzrosło o ok. 43% [1]. Po części wzrost ten można wyjaśnić wzrostem beztłuszczowej masy ciała (FFM). Jednak PPM skoczyło w górę najbardziej w ciągu pierwszych dni odżywiania, kiedy nie było jeszcze praktycznie żadnego przyboru FFM. Autorzy wysuwają wniosek, że jest to związane z regeneracją narządów i podają przykład: 100 g aktywnej tkanki wątroby pochłania 20 razy więcej tlenu, niż 100 g tkanki mięśniowej (a więc pochłania więcej energii; swoją drogą, dla mnie też była to ciekawostka). Zatem przemiana materii teoretycznie regeneruje się bardzo szybko.
Jak to wygląda w praktyce? Teoretycznie podczas powrotu do prawidłowej masy ciała trzeba zacząć od spożywania 30kcal/kg masy ciała, stopniowo zwiększając spożycie do nawet 70-100 kcal/kg masy ciała [2]. Nie dziwię się, że może to budzić pewien lęk, co to będzie, jak już osiągniemy prawidłowe BMI lub masę ciała, przy której czujemy się dobrze?. Co robić, żeby je utrzymać? Czy mamy z tych 4000-5000 kcal zejść nagle na jakieś 2500, a może na jeszcze mniej? Popatrzmy na wykres, który obrazuje zależność masy ciała od ilości spożywanych kcal u osób chorych na AN:


Niebieska linia to ilość kcal/kg masy ciała, a czerwona to masa ciała wyrażona w % pożądanej, średniej masy ciała. Na początku, wraz ze wzrostem spożywanych kcal widać stabilny wzrost masy ciała. Za to po ok. 4 miesiącach, mimo, że podać energii spada, masa ciała dalej rośnie. Przecięcie tych linii to prawdopodobnie ten najbardziej frustrujący moment, kiedy wydaje się, że będziemy tyć w nieskończoność. Za to już miesiąc później masa ciała stabilizuje się. Wykres nie obejmuje niestety dłuższego okresu czasu, ale autorzy badań twierdzą, że w ciągu maksymalnie 6 miesięcy poziom metabolizmu wraca do normy i aby utrzymać wówczas prawidłową masę ciała, potrzebujemy ok. 30 kcal/kg masy ciała.

Co ciekawe – w tych samych badaniach udowodniono, że chorzy na anoreksję trybu przeczyszczającego wykazują szybszy przyrost masy ciała przy mniejszej podaży energii. Obrazuje to poniższy wykres.



Potwierdza to tylko fakt, że nie można wszystkich anorektyczek „wrzucać do jednego wora” i przyrost masy u dziewczyn z epizodami przeczyszczania ma prawo być szybszy.

W trakcie rekonwalescencji wiele chorych próbuje – świadomie lub mniej świadomie – wyrównać dodatkowo spożywane kcal za pomocą ćwiczeń. Chociaż ja i sport to dwa różne słowa, wiem, że odpowiednia dawka ruchu jest niezbędna. Od niepamiętnych czasów staram się przynajmniej przez godzinę iść szybkim marszem, do tego zazwyczaj włączałam i włączam zestawy ćwiczeń na różne partie ciała. Podobnie jak moja koleżanka, o której już wcześniej wspominałam. Generalnie wiele dziewczyn pisało w mailach, że po osiągnięciu masy ciała sporo wyższej od tej sprzed choroby, włączały coraz to więcej aktywności, a jednak masa dalej szybowała w górę. Prowadziło to również do powrotu niezdrowych nawyków, np. przeplatania głodówek z objadaniem się albo do prowokowania wymiotów. Teoretycznie jak się ćwiczy – to się spala. W praktyce wiemy, że organizm adaptuje się do wysiłku. U osób z ED jest podobnie.
W pewnym badaniu [3] wyróżniono 3 grupy osób: osoby chore na AN i wykazujące bardzo dużą aktywność fizyczną (ok. 2 godzin dziennie), osoby chore na AN wykazujące nieduzą aktywność fizyczną (ok. 30 min dziennie) i osoby zdrowe również wykazujące niedużą aktywność (30 min). Badano Podstawową Przemianę Materii i Całkowitą Przemianę Materii. Wyniki zaskakują: osoby z AN ćwiczące 2 godziny dziennie, spalały w ciągu dnia mniej kcal, niż osoby zdrowej ćwiczące 30 min. Z kolei osoby z AN ćwiczące 30 min, spalały prawie o połowę mniej kcal niż pozostali. Żeby to streścić w prostych słowach: wysiłek u osób chorych na anoreksję powoduje dużo mniejsze zużycie energii, niż u osób zdrowych.
Badanie nie pokazują niestety, jak to się ma u osób wychodzących z zaburzeń odżywiania, ale myślę, że tutaj również potrzeba minimum kilku miesięcy, żeby sytuacja się ustabilizowała.
Jak widać, każdy przypadek jest inny. Sama uważam, że ten newralgiczny okres, kiedy masa ciała jest już prawidłowa, ale dalej rośnie, jest najtrudniejszym w całym procesie powrotu do zdrowia. Na nic zdają się tu proste rachunki, bilanse kaloryczne i inne znane formułki. Co można zrobić, żeby unormować swoją przemianę materii i nie panikować z powodu ciągłego przyrostu masy ciała?
Ekspertem jeszcze nie jestem, ale mi (i nie tylko) pomogło:
– regularne jedzenie (klasyczne 5 posiłków)
– urozmaicanie jadłospisu. Kiedyś moja dieta była nudna do bólu i jestem pewna, że to też mi nie służyło.
– nie kontrolowanie swojej masy ciała zbyt często
– próbowanie nowych rodzajów aktywności fizycznej
– jedzenie „na wyczucie”. Kto długo chorował na ED, ten wie, że uczucie głodu często zanika, przez co w początkowym okresie rekonwalescencji konieczne jest liczenie kalorii. To, jak ważne jest rozumienie potrzeb własnego organizmu potwierdza też przeprowadzony już dość dawno Minnesota Starvation Experiment. Mężczyznom, którzy dobrowolnie poddali się głodzeniu, a następnie odżywianiu, udało się ustabilizować swoją masę ciała dopiero wtedy, kiedy zaczęli jeść zgodnie z odczuwanymi potrzebami. Wcześniej albo zjadali wszystko, co było im dostępne, albo próbowali spowolnić przyrost nadprogramowej masy np. poprzez omijanie posiłków. Według przytaczanych we wcześniejszych częściach wpisu badań, optymalna podaż energii, która pozwala na utrzymanie masy ciała, to ok. 30 kcal/kg masy ciała/dobę.
Mam nadzieję, że (jeśli dotrwaliście do końca!) z tego wpisu zapamiętacie najważniejsze: proces wychodzenia z zaburzeń odżywania to nie jest jedynie zwykłe przybieranie masy ciała. To czas, w którym ponownie w naszym ciele wywracamy wszystko do góry nogami: pewne procesy wracają do normy bardzo szybko, inne wolniej. Dodatkowe kilogramy nabyte w tym czasie są całkowicie normalne i w 99% nie oznaczają, że jecie za dużo, czy że ruszacie się za mało. Dajcie sobie czas i nie dajcie sobie wmówić, że Wasza historia nie jest możliwa.

S.
Literatura:
[1] Van Wymelbeke V, Brondel L, Marcel Brun J, Rigaud D. Factors associated with
the increase in resting energy expenditure during refeeding in malnourished
anorexia nervosa patients. Am J Clin Nutr, 2004, nr 80(6), s.1469-77.
[2] Marzola E, Nasser J, Hashim S, Shih P, Kaye W. Nutritional rehabilitation in anorexia nervosa: review of the literature and implications for treatment, BMC Psychiatry, nr 13(1).
[3] http://jeatdisord.biomedcentral.com/articles/10.1186/2050-2974-1-37